.191.


już po 10.10.10 . już po katastrofalnej półrocznicy 'naszej' katastrofy . . .

czas biegnie i niechętnie się ogląda . . . My możemy się oglądać, ale jeśli jesteśmy w tym zbyt ckliwi to przestaniemy nadążać i zgubimy się w teraźniejszości, że nie wspomnę o niemożności sfocusowania się na bardziej dalekosiężnych planach.

Gdzie jestem ?
zaczyna się piąty rok w Warszawie. całkiem możliwe, że ostatnimi dniami nazbyt się oglądam na te ostatnie lata. ostatnie miesiące ( do tego stopnia, że dostałem skrętu szyi tudzież kiszek, i nie nadążam za tym co się dzieje dziś i jutro )

Jakieś wnioski ?
chcę lepiej, chcę dokładniej, chcę szczerzej, chcę wolniej. nie są to nowe wnioski ... na przestrzeni ostatnich 190 wpisów często o tą kwestię się ocierałem, nadmieniałem, etc.

Jakieś wnioski ?
to ostatni rok tutaj.
ostatnio usłyszałem, że jestem głupi. prostując - moje zachowanie. i zgadzam się z tą opinią chociaż dotych
czas sam sobie to mówiłem. zazwyczaj.

Jakie wnioski ?
nie chcę głupich decyzji. jeszcze jest mi ciężko po tych ostatnich, niezbyt jeszcze dawnych.
w głowie mam obraz 'mądrych po szkodzie' co to wznosząc palec ku górze i pokiwując główką mówią, że uczymy się na błędach.
racja. trzeba wyciągnąć lekcję z błędów.
ale przecież lepiej ich nie popełniać. przecież teoretycznie wiem jak żyć. czemu tak ciężko idzie mi przekuć to w 100% na praktykę. ? bo właśnie poprzednie lata, te tutaj są dla mnie materiałem dowodowym na to, że 100% = dobrze, a 87% = niedobrze.

Jakie wnioski ?
to co pisałem już w .190. - czuję, że przyszedł czas na zmiany. Na czym polegają zmiany ?
Mam w sobie pewną złą cechę, może nie tyle złą, co takową co za nią nie przepadam. Czytając książkę, nawet gdy zupełnie przestaje mi się podobać, brnę w nią - na siłę chcąc ją zakończyć - może wierząc, że wszystko się odmieni, chociaż nic na to nie wskazuje...
Czego uczą mnie poprzednie lata ? Wcale tak nie jest. Książki nie odmieniają dla mnie swoich zakończeń. Ludzie też się dla mnie nie odmieniają, może dokonują retuszu poszczególnych akapitów. Ale fabuła pozostaje.

Ale przecież książkę można zamknąć w najbardziej nieoczekiwanej dla niej chwili. Nie muszę kończyć nawet rozdziału. Mam na tyle wolności by nie marnować swojego czasu. Swojego potencjału, w który niektórzy jeszcze czasem wierzą.

Jakie wnioski ?
To ostatni rok. Trzeba pozamykać pewne rozdziały. Nauczyć się być 'over it' .


Zamykam tego bloga. Byłem tu przez 2 lata. przez 191 wpisów.
Kiedyś był inny. 3 lata.
Przywykłem do nieuczesanych myśli, które wrzucam od czasu do czasu w sieć.

To się nie zmieni. na następny wpis zapraszam już na
www.tomaszbiernacki.blogspot.com


-
i nuta, która chodzi mi po głowie:
07 Crazy (Radio 1 Live Lounge Session)tomaszbiernacki.blogspot.com


Link :: dodano: 13.października.2010 10:25 :: Komentuj (6) :





czuję to pod skórą, niczym dziwne swędzenie, że przychodzi czas na zmiany.

na czyny a nie słowa.




.... niedobrze mi się robi od ładnych słów.
od deklaracji bez pokrycia.
od peanów chwytających za gardło, gdy nic z tego nie wynika.

lepiej sobie darować słowa.
słowa, słowa, słowa . . .

tych nie brakuje, nigdy.



drapię się w okolicy lewego ucha...
powietrze przybiera odcień jesieni. posmak lekkiej nostalgii. smutne szmery spod mokrych kół. . .



czuję, że idą zmiany.

Link :: dodano: 27.września.2010 17:24 :: Komentuj (3) :





Nie ma bezpiecznych lokat. Kochać - to znaczy być narażonym na cierpienie. Pokochaj cokolwiek, a niewątpliwie coś schwyci twoje serce w kleszcze; może ono nawet pęknąć. Jeśli chcesz być pewien, że pozostanie nietknięte, nie powineneś go nikomu oddawać, nawet zwierzęciu. Opakuj serce starannie w ulubione nawyki i drobne przyzwyczajenia, unikaj wszelkich komplikacji, zamknij je bezpiecznie w szkatułę czy trumnę swojego egoizmu. Ale w tej szkatule bezpiecznej, ciemnej, nieruchomej i dusznej serce się zmieni. Nie pęknie, ale stanie się nietłukące, niedostępne, nieprzejednane. Alternatywą tragedii lub co najmniej ryzyka tragedii jest potępienie. Piekło to jedyne miejsce poza niebem, gdzie jest się całkowicie zabezpieczonym przed całym ryzykiem i wszystkimi perturbacjami miłości. ( C.S. Lewis - "Cztery miłości" )



Ludzie się kaleczą. To żadne odkrycie. Nie chcę uderzać w patetyczny ton i pisać o specyfice ludzkiej natury, bo jednak wciąż jestem na to zbyt młody i zbyt głupi (do kwadratu) . . .
Ja tu tylko obserwuję. Widzę w ludziach (chciałoby się rzec - beznadziejne) parcie do tego by być z kimś. Często kierowani egozimem - nie chcą być sami. Mimo, że tak się wszyscy różnimy . . . Jedni nadają o sobie 24h na dobę. Inni tylko słuchają i są tak skryci, że nie lada zdolności wymaga od partnera dotarcie do choć skąpego wyrażenia się. Niektórzy żebrzą o choćby słowo ... inni nie chcą słuchać. I właśnie tu tkwi jak mniemam szkopuł, żeby się spasować. Dopasować. . . Uzupełniać, nawet jest się jak ogień i woda. Wbrew różnic ? A może różnice są znakiem, że to jednak pasować nie będzie. Tak czy siak, przystępując do ofensywy zawsze osłabiamy obronę i trzeba liczyć się z szybkim ciosem ( nieraz nożem w plecy, bądź inne niespodziewane przykre razy nieraz ) . Czy nie ryzykować. Czy wypiąć się na świat, na ludzi. Stwierdzić, że nie ma co ryzykować i zamknąć się w sobie. Niby jest to wyjście . . .
Tak rozmyślam nad tymi kwestiami. Czy kiszenie się we własnym sosie, to nie jest najlepsza pożywka dla szybko w takich warunkach wyrastającej goryczy ?
Przecież wbrew wszystkiemu jest gdzies w nas to beznadziejne parcie do tego by się dopasować (albo dopasować kogoś) . . . tyle ludzi w około spotykam gdzieś już pokrzywdzonych, poranionych, którzy wspólnym chórem wołają wyciągając na poły po omacku ręce - o kogoś, kto przylgnie ot tak do obnażonego serca ( ok, zaleciało patosem ) . . .

I tak dalej nad tym myśląc. Biegając, spacerując, kładąc się, i obserwując - fundament. Istotna, z reguły zaniedbana sprawa. Fundament, a raczej jego brak - odpowiedzialny jest za tyle dziur i zadrapań w okolicach mostka. Ta gorączka (sobotniej i każdej innej nocy) , ten chory wielkomiejski i wiejski pęd. Pośpiech. Pochopbne decyzje - to prowadzi do decyzji częstokroć opłakanych w skutkach. Tak, że na początku tego XXI wieku mało kto już wierzy w 50 letnie małżeństwo, a ostatnie egzemplarze są na wymarciu odznaczane orderem uśmiechu przez prezydenta.
Miłość pozbawiona 'gorączki' , szczypty szaleństwa, gwałtowności, nieprzewidywalności - przestała by być miłością... może bliżej by było jej do mdłości. Ale przecież najlepszych potraw nie zasypuje sie w przyprawach, ale wszystkiego dodaje sie z rozwagą, jeśli nie chce się wypalić przełyku, i spędzić w toalecie weekendu. A tak nieraz czujemy się po wielkiej, szalonej i szybkiej miłości. Przepaleni. Albo wypalamy się miesiącami, bezsensu brnąc w coś, co zbyt szybko przyszło i ugrzązło w piachu.
Po to Bóg obdarzył nam jakimś tam ratio, co by wśród motyli krążących w brzuchu użyć i szarych komórek. Skomplikowana to sprawa gdy na oczach pojawiają się klapki ( tu sobie wyobrazić należy konia, nie japonki ) ale czy nie warto podjąć tego ryzyka, by piękne uczucie, które gdzieś tam szybko się rozwija, okopać, podbudować, wzmocnić, uszczelnić, ocieplić i oświetlić. Żeby gdy przyjdą kryzysy i ciężko będzie patrzeć sobie w oczy, móc spojrzeć w tym samym kierunku trzymając się za dłonie.
Czy nie warto dziś pomyśleć, zanim w coś znowu się zaangażujemy nad tym gdzie i naczym buduję, żeby ostatecznie nie spędzić reszty dni samotnie w trumnie swojego egoizmu, a przy domowym ognisku podlewanym zaufaniem i wspólną perspektywą?

tak sobie tylko rozmyślam.

Link :: dodano: 08.września.2010 10:45 :: Komentuj (1) :






¤ ¤ ¤


<- starsze wpisy. . . .


¤ ¤ ¤



Księga:
[Księga gości]

Archiwum:
11
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
10
09
08